niedziela, 11 września 2016

PATENTY NA BEZPIECZNY
POWROT DO DOMU
SAMOTNEJ DZIEWCZYNY

   Wczorajsze popołudnie i pół nocy spędziłam na weselu mojej przyjaciółki Asi, którą poznałam praktycznie równo 10 lat temu, gdy obie pracowałyśmy jako hostessy w supermarkecie. Po dwóch tygodniach znajomości okazało się, że naszym wspólnym marzeniem jest pojechanie gdziekolwiek autostopem. Niewiele się namyślając naprędce zaplanowałyśmy bardzo prowizoryczny wyjazd, w którego skład wchodził totalnie stary namiot (pożyczony od mojej starszej znajomej), zebrane po wszystkich kieszeniach astronomiczne pieniądze w kwocie około 250 zł (na dwie!) i szerokie uśmiechy. Rodzicom powiedziałyśmy, że jedziemy pod namiot gdzieś tam z kimś tam bardzo zaufanym, a tak naprawdę stanęłyśmy na wylotówce z Warszawy z całym majdanem i łapałyśmy stopa. Zamiast do zamierzonego Augustowa trafiłyśmy do Wilna (a naturalną koleją rzeczy później zaliczyłyśmy później Rygę, Suwałki i ów nieszczęsny Augustów). Jechałyśmy same, w zasadzie tylko tirami z totalnie obcymi facetami, którzy powinni nas sto razy zgwałcić, zamordować i poćwiartować. Nic takiego się nie stało i do dziś nie wiem, czy to nasz wyjątkowy fart czy może nie ma się czego bać. Więcej! Dzięki tamtej dziesięciodniowej wyprawie dałam upust swojej skrywanej żądzy przygód i na pewno dodało mi to pewności siebie, a sama podróż była rewelacyjna.
   Wczoraj przypomniałam sobie tamte szalone czasy, gdy Aśka w białej sukni promieniała radością Młodej Mężatki. Na jej weselu byłam z przyjaciółką. Chciałyśmy wrócić autobusem, ale źle sprawdziłyśmy rozkład nocnych, więc utknęłyśmy w Piasecznie o drugiej w nocy na pustym przystanku. Na szczęście przejeżdżała obok nas taksówka, którą mądra Sylwia postanowiła zatrzymać i tak za w sumie 60 zł ja mogłam dojechać na Saską Kępę, a ona do centrum i później na swój bardzo odległy Żoliborz. Ona wysiadła w centrum i miała szukać nocnego, ponieważ nie miałyśmy więcej gotówki na taksę. Sylwia miała mi wysłać smsa tuż po powrocie do domu, ale tego nie zrobiła. Ostatnio obejrzałam wszystkie odcinku serialu "Pitbull", a już i bez tego mam wybujałą wyobraźnię, więc dopóki rano (gdy Sylwia pewnie odebrała stos moich zaniepokojonych wiadomości) nie dostałam potwierdzenia, że moja przyjaciółka żyje, budziłam się co dwie godziny z coraz gorszymi wizjami jej śmierci oraz siebie żyjącej z piętnem winy nieodpowiedzialnej kretynki.
   Nie zamierzam robić z siebie niesamowitej imprezowiczki czy innej totalnie szalonej dziewczyny, która przypalała światu peta na czole, ale z drugiej strony nigdy nie stroniłam od ciekawych ludzi i będących konsekwencją znajomości z nimi osobliwych sytuacji. Wracałam do domu o różnych porach, a że jako nastolatka mieszkałam pod Piasecznem w zasadzie pod lasem, gdzie jeszcze nie dojeżdżały autobusy (na które zresztą nie było mnie stać), to bywało, że koło drugiej-trzeciej w nocy bardzo szybko wracałam przez las, jednocześnie starając się zapomnieć o wszystkich potajemnie obejrzanych odcinkach programu 997, kiedy to w podobnych okolicznościach zawsze dochodziło co najmniej do zabójstwa niskiej blondynki. W pewnym momencie wycwaniłam się na tyle, że mówiłam jasno: "albo wychodzę z imprezy wcześnie i biegnę na ostatni autobus, albo pijemy do rana". To bardzo dobra praktyka.
   Po maturze przez około rok przyjaźniłam się z dziewczyną, dzięki której zasmakowałam nocnego życia. Ona mieszkała sama, miała sporo pieniędzy i ogromną chęć hedonistycznej zabawy, a ja łaknęłam jej towarzystwa i atmosfery rodem z książek Bukowskiego. Była bardzo inteligentna i eteryczna. Chodziłyśmy do różnych klubów, piłyśmy, ona podrywała nowych facetów, z którymi spała, ale traktowała tę czynność bardziej bardziej w kategoriach higieny niż przyjemności, a ja jako dziewicze dziewczątko temu wszystkiemu się przyglądałam (ale nie samemu seksowi!) i konfrontowałam rzeczywistość z moimi wyobrażeniami o życiu, opartymi do tamtych momentów jedynie na literaturze. Później się okazało, że moja koleżanka była tancerką erotyczną w klubie. Poznałam nawet jej koleżanki, które na jeden weekend raz na kilka miesięcy porzucały z płaczem swoje nieświadome rodziny i udając, że jadą na truskawki, przyjeżdżały tańczyć na rurze i klepać się po dupie w centrum Warszawy. W jedną noc zarabiały na kilka miesięcy życia, ale przed pracą musiały się mocno znieczulić alkoholem. Do dziś wzruszają mnie te wspomnienia. Dla jasności - ja wtedy nigdy nie byłam z nimi w takim klubie, chociaż mi to proponowały. 
   Jeździłyśmy z tą moją koleżanka nieoznaczonymi (dzikimi) taksówkami, włóczyłyśmy się po różnych miejscach w Warszawie, ja spałam u niej po kilka nocy, poznawałam dziwnych, fascynujących, czasem obleśnych ludzi. Nie wiem, na jakiej zasadzie ta znajomość tak długo przetrwała, ale na pewno stanowiłyśmy dla siebie wzajemnie pewną egzotykę. Byłam wtedy naprawdę skromną, niespecjalnie zadbaną dziewczyną z zerowym doświadczeniem seksualnym, a ona przypominała Virginię Woolf.
   Piszę o tym wszystkim, bo gdy dziś nad ranem wyobrażałam sobie poćwiartowane zwłoki przyjaciółki pomyślałam sobie, że to było głupie, iż nie podjechałyśmy do bankomatu po dodatkowe 50 zł, dzięki któremu ona bezpiecznie dojechałaby do domu, a ja byłabym spokojna.
   Włóczyłam się po nocy pijana i trzeźwa, samotna lub w towarzystwie kompletnie obcych ludzi. Umiem otworzyć piwo zapalniczką. W Rydze wylądowałyśmy z Aśką w środku nocy na obrzeżach miasta i złapałyśmy stopa, którym okazał się dziwny facet w osobowym samochodzie, w którym na desce rozdzielczej dyndał wisiorek z gołą babą, co w tamtych czasach w mojej optyce stanowiło coś niebezpiecznego. Wiózł nas hen hen daleko po jakichś kniejach, a ja trzymałam w rękach gaz pieprzowy z myślą: "mam nadzieję, że jednak jest w porządku". Moja histeria nie miała pokrycia w praktyce - gość odwiózł nas pod same drzwi (obcej dziewczyny poznanej na granicy polsko-litewskiej; zaprosiła nas do siebie na noc) i życzył bezpiecznej drogi. 
   Nawet kiedy poznałam swojego męża, to już na trzecim albo czwartym spotkaniu zabrał mnie samochodem na spacer nad ciemne, leśne jeziorko, w czym ja w zasadzie nie dostrzegłam niczego niebezpiecznego i szeroko otworzyłam oczy, gdy on nagle zniżył głos, obrócił się w moja stronę i zapytał złowieszczo: "A Ty często dajesz się tak przywozić w nocy do lasu obcym facetom?". Ja pierdolę, gdybym miała córkę, to wolałabym nie wiedzieć o niej tego, co wiem o sobie.
   Nie zamierzam nikogo umoralniać, ponieważ sama więcej niż mniej razy postępowałam (i postępuję!) zgodnie z przeczuciem aniżeli rozsądkiem, ale jeśli jesteście młode, szalone i wszędzie Was pełno, to pamiętajcie o zasadach bezpieczeństwa, którymi ja zawsze się kierowałam. Nie są one ani obowiązujące, ani usprawiedliwiające czy wykluczające inne - proponowane przez rodziców oraz wszelkie kolejne autorytety. Przede wszystkim chciałabym Wam udzielić kilku rad na bazie własnego doświadczenia, ale nie ponoszę konsekwencji za to, jak je wykorzystacie.

 - Zawsze dajcie znać komuś, gdzie jesteście. Kiedy pojechałam na stopa, to moja nauczycielka z liceum wszystko wiedziała, w miarę informowałam ją o tym, gdzie dojechałyśmy, a kiedy jeden kierowca mnie wystraszył, to wysłałam jej jego dane z dowodu osobistego (kierowcy tirów muszą mieć dokument na wierzchu, a ja mam dobry wzrok). A było to w czasach sprzed wszechobecnego Internetu! Da się, mówię Wam. A komuś trzeba zaufać.
   - Nie pijcie czegoś, co nie było przy Was otwarte. Ja miałam jakąś paranoję na punkcie tabletek gwałtu, o których ciągle mówili w telewizji i szalenie się bałam, że ktoś mi dosypie ich do picia, aczkolwiek przyznaję, że kiedyś właśnie z Aśką chodziłyśmy na imprezy, na których wyznawałyśmy zasadę: "pij tylko to, za co sama nie zapłaciłaś".
   - Miejcie przy sobie kasę - najlepiej na taksówkę. I plan awaryjny jak wrócicie do domu, jeśli impreza za późno się skończy. Naprawdę uważam, że jeśli macie wracać same w środku nocy do domu, to lepiej zostać na imprezie do rana.
   - Nie bójcie się prosić o pomoc. Kiedyś wracałam do domu niespecjalnie późno (około 20), ale zimą o tej godzinie jest już ciemno. Mieszkałam wtedy niedaleko drogiej prywatnej szkoły, do której prowadziła droga przez malutki, ale stosunkowo mroczny las, pod którym tego dnia zebrała się bardzo podejrzana grupka młodych oprychów. Nie wiem dlaczego, ale bardzo się ich wystraszyłam. Miałam jakieś 15 lat i musiałam obok nich przejść, a wokoło było ciemno i pusto. Tknęło mnie złe przeczucie i nie zamierzałam sprawdzać, co oznacza. Zatrzymałam pierwszy nadjeżdżający samochód, który prowadziła kobieta i powiedziałam jej, że boję się przejść obok tych chłopaków, a mieszkam zaraz za tym laskiem i czy mogłaby mnie przez niego przewieźć. Nie wiem, co o mnie wtedy pomyślała, ale przejechałyśmy razem i wiem, że nigdy nie należy przedkładać wstydu nad bezpieczeństwo.
   - Nie uprawiajcie seksu bez zabezpieczania i nie wstydźcie się pytać: "a czy Ty aby nie masz jakiegoś wenerycznego syfa albo gorzej?", bo jeśli chłopak go ma, to on ma problem a nie Wy. 
    - Uważam, że kobieta powinna mieć prawo chodzić nago o każdej godzinie po ulicy, a nikomu nie powinno wpaść do głowy, by ją zgwałcić, ale uważanie uważaniem a życie życiem, więc gdy wracacie do domu, to nie eksponujcie biustu ani długich nóg.
   - Kiedyś przeczytałam o takiej metodzie walki z napastnikiem polegającej na wykorzystaniu codziennych przedmiotów, które i tak macie w kieszeni, czyli kluczy, długopisu czy spinacza biurowego. To nie jest prawdziwa broń, ale odpowiednio użyta może się nią stać. Nie miej pustych kieszeni.
   - Nie wpuszczaj do mieszkania nowo poznanych facetów, jeśli na milion procent nie jesteś do tego przekonana. Generalnie uważam, że nie ma co całego bufetu od razu wystawiać na pokaz, a już na pewno nie u siebie w mieszkaniu, a jednocześnie stanowi to prewencyjne działanie antynapadowe. Wiecie, że większość przestępstw seksualnych jest popełniana przez znajomych?

    A Wy, Dziewczyny, jakich rad udzieliłybyście w dalszej kolejności? Czym się w życiu kierujecie?

9 komentarzy:

  1. Świetny post! Poradnik bezpiecznego balowania :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak czytałam Twój post, to mnie dreszcze przechodziły. Byłam napadnięta jako 16latka na polnej drodze w biały lipcowy dzień. Na szczęście dla mnie i mojej cnoty szłam z małoletnią kuzynką, która szybko pobiegła po pomoc. Tirem jeździłam, ale sporadycznie z moim byłym mężem, który jest kierowcą :) Masz rację, bez kasy lepiej nie wychodzić z domu, a jak balować to do rana, albo zdążyć na ostatni autobus. Kilka lat temu pojechałam na spotkanie klasowe, same dziewczyny :D Odprowadziły mnie na pociąg, który okazało się, że w sobotę nie jedzie. Na szczęście nie zabrakło noclegu, noc spędziłam u siostry. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. jejku, co za historie, całe swoje życie i młodość byłam bardzo rozsądna, nigdy nie jechałam stopem, zawsze mówiłam że jestem tam gdzie rzeczywiście byłam. imprezowałam ale dość krótko i rozważnie tak aby film mi się nie urwał. Nudne prawda?

    OdpowiedzUsuń
  4. Podróż autostopem jest świetna, super wpis :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jedna osoba może całe życie niczym się nie przejmować i jakoś się jej uda, a druga osoba może zostać napadnięta gdy będzie wyrzucać śmieci o 21. Myślę, że jednak nie ma co prowokować losu, a ryzyko należy zmniejszać do minimum.

    OdpowiedzUsuń
  6. Super post :)))) fajna odskocznia od kosmetyków!:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nigdy nie jeździłam autostopem, nigdy nie dałam podwieźć się nigdzie całkowicie obcemu człowiekowi - nie jest mi z tym źle :) Niekoniecznie jest to ten typ szaleństwa w życiu, który do mnie przemawia. Mimo wszystko podziwiam osoby, które decydują się na takie wypady - myślę, że to wymaga sporo odwagi i dużo zaufania do innych ludzi.

    Generalnie nie należę do osób, które mają wielką schizę na punkcie bezpieczeństwa, chociaż w tym roku postanowiłam wyposażyć się w gaz pieprzowy. W soboty będę kończyć zajęcia o 21 i trochę obawiam się powrotów o tej godzinie z Pragi-Południe :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Śmieszny post :) Ale bardzo fajny :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za KAŻDY komentarz:). Wszystkie czytam i nieodmiennie się z nich cieszę:).
Jeżeli chcecie zostawić link do swojego bloga albo posta, który tematycznie jakoś pokrywa się z którymś z moim - proszę, nie mam z tym problemu, ale będzie mi miło, jeżeli przy okazji dołączycie do grona Obserwatorów;).
Pozdrawiam!!!
Spinki i Szpilki

Spinki i Szpilki | blog lifestylowy | blog modowy | blog kosmetyczny | blog kulinarny

Follow