czwartek, 25 maja 2017

Jak by się zachował Ojciec Chrzestny?

   Odkąd przeczytałam "Ojca Chrzestnego" Mario Puzo (nie oglądałam filmu, uwierzycie?!), jestem pełna atencji wobec życiowej postawy Dona Corleone. Oczywiście nie oznacza to, że zamierzam się nim w pełni zainspirować i stworzyć sieć mafijnych powiązań, których sznurki bym pociągała... Nie, bo oczywiście zabijanie co do zasady jest złe, a ja na co dzień mam nawet problem ze złośliwą odpowiedzią na kąśliwą uwagę nieżyczliwej znajomej. Don zainspirował mnie swoją ogromną mądrością i niesamowitym, samorodnym talentem do trafnej oceny ludzi.
   Wszystko zaczęło się, oczywiście, przypadkiem. Vito Corleone w czasach młodości był zwykłym chłopcem pragnącym żyć uczciwie - chciał mieć dom, sprzedawać oliwę i kontynuować wszelkie włoskie zwyczaje znane mu z rodzinnych stron. Pewna kluczowa sytuacja zdeterminowała jednak jego los - w jednej chwili stał się człowiekiem, którym pozostał już do końca życia: Ojcem Chrzestnym.
   Don dzielił ludzi na twardych i miękkich. Miękkich było o wiele łatwiej złamać - wystarczyły nieznaczne układy, pieniądze, groźby. Z twardymi było trudniej, ale jeżeli ktoś zwrócił się do Ojca Chrzestnego z prośbą w imię przyjaźni, nie istniały pręty nie do złamania. Jeżeli oglądaliście filmową adaptację "Ojca Chrzestnego", to na pewno pamiętacie scenę z odcięta głową konia. Nie mam pojęcia, jakim dramatyzmem została naznaczona na ekranie, natomiast w książce cały wątek był przerażający. Don wiedział, że z Woltzem (to on otrzymał głowę konia) nie można postępować niezdecydowanie i zachowawczo. Istnieją ludzie, którzy albo stanowią faktyczną fortecę zbudowaną z pieniędzy i wpływów, oraz równolegle funkcjonują podobnie nieprzejednani, uparci i zapatrzeni w swoją wielkość piewcy własnego ego. Każdy człowiek jednak tym różni się od zwierzęcia, że potrafi przywiązać się do jednej sprawy: rzeczy, konkretnej istoty, idei. Niezależnie od podmiotu należy wtedy postąpić zdecydowanie i radykalnie. Czemu zginął koń? Oczywiście był unikalny, niezwykle drogi i stanowił miłość Witza (czy w filmie też gwałcił trzynastoletnie dziewice?), ale tak naprawdę dla tego bardzo złego człowieka największą miłością było przywiązanie do własnego poczucia nienaruszalnej potęgi. Okazało się jednak, że wejście do jego sypialni dla szeregu podwykonawców Rodziny Corleone było błahostką. Witz ocenił sytuacje właściwie i natychmiast ustąpił od swoich racji.
   Don Corleone od każdej bliskiej osoby wymagał przyjaźni - otrzymując ją, oddawał swoją - częstokroć wielokrotnie częściej eksploatowaną niż ta ofiarowana jemu. Układ był prosty: Don pomagał w potrzebie przyjaciołom (od drobnych pożyczek poprzez wstawienie się za podsuniętym protegowanych na wyższym lub niższym stopniu władzy, a skończywszy na zamordowaniu lub trwałym okaleczeniu kogoś, kto skrzywdził przyjaciela Ojca Chrzestnego). Choć brzmi to utopijnie, ta faktycznie sieć wzajemnych przysług urosła na tyle, że nawet okresie największego osłabienia Rodziny, była niezwykle trwała, jak splecione nitki grubej tkaniny.
   Osobiście uważam, że przyjaźń powinna być bezinteresowna (i na pewno nieoparta na strachu przed Ojcem Chrzestnym), ale rozumiem, że Don klasyfikował ludzi na tych, którzy byli z nim oraz tych stanowiących potencjalne zagrożenie. W świecie gierek, układów, pomówień i względnych wartości warto się zastanowić, które relacje są warte kontynuowania oraz pielęgnacji, a które trzeba odciąć - jako toksyczne, nierokujące, ograniczające czy niepotrzebne.
   Najważniejszą jednak lekcją, jaką dał mi Ojciec chrzestny jest świadomość perspektywy i wartość planowania. Czasem warto zrobić krok wstecz, by później wyprzedzić innych. Pochopność sądów i kluczowych decyzji oraz uleganie chwilowym namiętnościom (zarówno pożądaniu jak i gniewowi) daje złudne poczucie satysfakcji na chwilę. Prawdziwy strateg nie okazuje otwarcie swoich emocji, jest dla każdego uprzejmy (cóż, czasem nawet daje się obrażać), ponieważ ma plan. Chociaż z moralnego punktu widzenia zemsta na zabójcach Santina była krwawa i przerażająca, to jednak sam mechanizm doprowadzający do niej stanowił majstersztyk. Ojciec Chrzestny, krótko mówiąc, pozwolił uwierzyć wszystkim innym nowojorskim rodzinom mafijnym, że nie szuka zemsty i... dał sobie wejść na głowę, tracąc szacunek, pieniądze i wpływy. On jednak zrobił tylko krok wstecz i opuścił głowę, by za chwilę znów podnieść ją bardzo wysoko, wyprzedając wszystkich. Nie dajcie sobie wmówić, że porażki to koniec drogi - uwierzcie, że tak naprawdę są one drogowskazami do sukcesu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za KAŻDY komentarz:). Wszystkie czytam i nieodmiennie się z nich cieszę:).
Jeżeli chcecie zostawić link do swojego bloga albo posta, który tematycznie jakoś pokrywa się z którymś z moim - proszę, nie mam z tym problemu, ale będzie mi miło, jeżeli przy okazji dołączycie do grona Obserwatorów;).
Pozdrawiam!!!
Spinki i Szpilki

Spinki i Szpilki | blog lifestylowy | blog modowy | blog kosmetyczny | blog kulinarny

Follow