DLACZEGO CZASEM WARTO ZACHOROWAĆ?

21.8.16

  W czwartek faktycznie czułam się dziwnie, ale bez przesady - myślałam, że to po pewnym fizycznym wysiłku bolą mnie mięśnie. W piątek zaczynało być fatalnie już od rana, ale adrenalina uwalniająca się pod wpływem codziennych obowiązków sprawiła, że działałam na pełnych obrotach, natomiast w momencie gdy wszyscy dookoła cieszyli się początkiem weekendu, ja wiedziałam jedno - mamy piątkowe popołudnie, a ja jestem chora.

     Po pierwsze totalnie się wkurzyłam, bo miałam kilka planów, które przez swój stan musiałam przełożyć. Bolało mnie gardło, byłam osłabiona, nic mi się nie chciało, a lodówka świeciła pustkami - musiałam iść po zakupy. Pierwszy zresztą pierwszy raz od dawna. Ostatni tydzień spędziłam nie dosypiając i nie dojadając, chociaż znam swój organizm na tyle dobrze, że wiem, jak bardzo potrzebuję spać co najmniej 8 godzin i rano wchłonąć spore śniadanie. 
   Zrobiłam zatem spore i jednocześnie lekko irracjonalne zakupy - do standardowych dla mnie jajek od szczęśliwych kurek i mleka bezlaktozowego bezkompromisowo dołożyłam bezglutenowe makarony, mąkę kukurydzianą, tofu i jakieś bezlaktozowe serki. Wiem, że to hybryda kilku różnych diet, ale chociaż uwielbiam gluten (mniam, mniam, mniam!), to nie służy mi, ale gdyby nie bezlaktozowe mleko, cała byłabym w syfach.
Ciągle kaszlałam i bolało mnie gardło, więc szukając potencjalnych przyczyn mojego złego stanu uporządkowałam biurko, odkurzyłam i ogólnie nieco ogarnęłam mieszkanie. Pozmywałam nawet. Pomyślałam, że trzeba możliwie zminimalizować ilość zarazków wokół mnie.
    Przypomniałam sobie, że w chorobie nie można się odwodnić, więc znów udałam się do sklepu po wodę. Uświadomiłam sobie, że mój filtr węglowy trzeba wymienić, a póki co muszę nabyć kilka butelek mineralnej wody. Ostatnio mało piłam niegazowanej wody. 

   Dawno też nie gotowałam, ale rosół sam się nie zrobi. Przy okazji machnęłam ryżowy makaron z kiełkami, kukurydzą i tofu na obiad do pracy. Może trochę przyoszczędzę i schudnę, jeśli znów zacznę jeść własnoręcznie przyrządzone potrawy?
Nie wiem, czy jutro będę zdrowa, ale dałam radę przetrwać weekend. Oczywiście mogłabym nad tym przejść do porządku dziennego, ale pomyślałam sobie, że warto czasem zastanowić się nad sensem pewnych sytuacji w naszym życiu. Tak, ostatnio staram się żyć w zgodzie ze światem, chociaż komuś z moim temperamentem nie jest łatwo.

Kiedyś przeczytałam artykuł o pewnej parze, która z jakiegoś powodu nabyła świnkę wietnamską. Śliczne i kochane zwierzątko bardzo kichało, gdy w mieszkaniu był bałagan i kurz, więc para zaczęła regularnie sprzątać. Świnka dusiła się przy zapachu dymu papierosowego, więc w końcu ci ludzie przestali palić papierosy, a częściej wietrzyli mieszkanie. Śwince służyło świeże powietrze, zatem para musiała zacząć regularnie wychodzić na spacery. W końcu okazało się, że zwierzątko bardzo się denerwuje, gdy jej właściciele się kłócą, zatem para zaczęła staranniej dobierać słowa tak, by się wzajemnie nie drażnić. W końcu owi ludzie wraz ze świnką przeprowadzili się na wieś, bo okazało się, że zwierzątko o wiele lepiej się czuje wśród przyrody. To nie są żadne brednie z Johna Maxwella, a prawdziwa historia pokazująca, że czasem w życiu potrzebne są wskazówki.

    Mam nadzieję, że nie mam zapalenia oskrzeli, a jedynie jestem przeziębiona, ale jako w miarę przytomna osoba umiem wyciągnąć wnioski z tej sytuacji. Te dwa dni intensywnego gorączkowania uświadomiły mi, jak się ostatnio zapuściłam: nie jadłam śniadań, nie gotowałam w domu, nie piłam wody, nie sprzątałam, jadłam głupoty na mieście.

    Mircea Eliade dzielił czas na sakralny i świecki, gdzie niezbędne i konieczne jest, by człowiek je odróżniał i jednakowo dobrze nimi zarządzał, by finalnie mogły się wzajemnie napędzać. Moja wizja przeznaczenia chyba najmocniej pokrywa się z tą przedstawioną w "Podwójnym życiu Weroniki" Kieślowskiego, zatem zakładam, że mam władzę, ale wychodzi ona naprzeciw jakiemuś scenariuszowi, którym w części mogę manipulować. Na pewno umiejętność wyciągania wniosków z krótkiej choroby jest ważną umiejętnością. Na jakiś czas mi wystarczy.

Wy wyciągacie wnioski ze złych doświadczeń?

Te teksty również mogą Ci się spodobać:

3 komentarze

  1. Świetny post :) Koniecznie Aniu do lekarza, powikłania mogą być niebezpieczne dla zdrowia. Moje obie kotki mają problemy: jedna jest alergiczką a druga ma chorą trzustkę, przez co częściej gotuję w domu żeby dać im więcej pełnowartościowego mięska. Wszystko ma swój sens, to prawda :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś lubiałam chorować bo to wiązało się z wolnym od szkoły i spełnianiem wszystkich smakowych potrzeb przez mamę. Dzisiaj kiedy mam dom i dziecko na głowie choroba to dla mnie masakra...

    OdpowiedzUsuń
  3. Własne doświadczenia uczą najbardziej. Ja też często zapominam pić wodę, staram się tego pilnować i znacznie łatwiej jest mi, gdy jest gorąco.
    Zdrówka życzę :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za KAŻDY komentarz:). Wszystkie czytam i nieodmiennie się z nich cieszę:).
Jeżeli chcecie zostawić link do swojego bloga albo posta, który tematycznie jakoś pokrywa się z którymś z moim - proszę, nie mam z tym problemu, ale będzie mi miło, jeżeli przy okazji dołączycie do grona Obserwatorów;).
Pozdrawiam!!!
Spinki i Szpilki

Like us on Facebook