BRIDGET JONES JAKO ARCHETYP WSPÓŁCZESNEJ KOBIETY

17.9.16

   Raz na jakiś czas jakaś książka dzieli moje życie na "przed" i "po" niej. Jedną z nich był "Dziennik Bridget Jones", który po raz pierwszy czytałam zupełnie nielegalnie tuż po polskiej premierze, czyli w wieku 10 lat. Pracowałam wtedy w szkolnej bibliotece jako pomoc, co w praktyce przekładało się na siedzenie w niej na każdej przerwie i kilka godzin po lekcjach oraz wypożyczanie jednocześnie trzydziestu książek (sama je sobie wpisywałam w rejestr), kiedy cały pozostały świat podstawówkowej rzeczywistości mógł trzymać w domu maksymalnie trzy. Dzięki cudownemu analogowemu katalogowi świetnie znam alfabet na wyrywki. Powiedzmy sobie szczerze - to jedna z moich tajnych mocy.

    Moja ukochana pani Bibliotekarka nie pozwoliła mi jednak wypożyczyć Bridget, ponieważ uznała, że to nieodpowiednia lektura dla dzieciucha, jakim wtedy byłam. Wiadomo, że w takiej sytuacji absolutnie musiałam poznać tę książkę. Pomogła mi w tym koleżanka z ósmej klasy.
    Przyznaję, że wtedy nieco się rozczarowałam "Dziennikiem Bridget Jones" pod kątem obyczajowości - dzieci raczej nie zdają sobie sprawy z powagi takich zwrotów jak: "bzykać", "seks oralny" czy "związkoholik", a na pewno ja traktowałam je jako przerywniki w fabule. Przeczytałam oba tomy i z miejsca pokochałam Bridget, ale dopiero po latach odkryłam sens jej niektórych wypowiedzi, zrozumiałam kontekst historyczno-społeczny ówczesnej Wielkiej Brytanii oraz wychwyciłam wiele nawiązań kulturowych.
   Dziś bliżej mi do "Seksu w Wielkim Mieście", ale i tak uważam, że to bardzo ważna lektura oraz z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że Bridget stanowi archetyp współczesnej kobiety, która jest świadoma swojego ciała, wykształcona, nieco neurotyczna, zabawna i spragniona w podobnym stopniu stałego związku jak i przygodnego seksu.
   Bridget jest nowoczesna i samodzielna, chociaż mieszkanie w pojedynkę czasem ją przerasta. Nie umie oszczędzać, sporo pije i pali, martwi się swoją wagą i ma raczej toksyczną matkę realizującą się w środowisku swoich równolatków z klasy średniej. W dodatku na każdej większej imprezie rodzinnej lub w grodzie swoich równolatków jest pytania o to, czy ma już faceta.
   Moja trzydziestoletnia koleżanka wyznała mi ostatnio, że boi się zaglądać w soboty na Facebook, ponieważ przez pięć ostatnich weekendów zawsze któraś z jej bliższych lub dalszych znajomych brała ślub, przez co jej tablica była zaspamowana zdjęciami młodych małżonków, białych sukien oraz obowiązkowych zmian nazwisk panieńskich tuż po przysiędze. Inna ma wrażenie, że jest jedyną osobą na planecie, która nie ma dzieci i/lub nie zaszła w ciążę. Oczywiście hiperbolizacja emocji była bardzo charakterystyczna również dla Bridget, ale pewne drobne niewygody czasem urastają do rangi światowego problemu, a współczesność w naszej szerokości geograficznej wymaga od kobiety założenia rodziny i płodzenia co roku co najmniej jednego dziecka. Mam wręcz wrażenie, że niezależnie od stanu konta, poziomu emocjonalnej inteligencji czy ilości zdobytych fakultetów, tuż przed trzydziestką niektóre kobiety naprawdę wpadają w panikę i na siłę szukają Idealnego Partnera, który jak najszybciej powinien stać się Perfekcyjnym Mężem i Fundatorem. Znam osobiście kilka niezależnych od siebie przypadków dziewczyn, które wpadły w taką "nerwicę trzydziestolatki" i całą swoją energię życiową skupiły na poszukiwaniu faceta, z którym mogłyby stanąć na ślubnym kobiercu.
   Jedna nie mogła sobie znaleźć pracy, więc wynajęła swoje mieszkanie, zamieszkała u babci i omotała jakiegoś zamożnego imigranta, z którym zaręczyła się po trzech miesiącach znajomości. Inna była pocieszycielką dla chłopaka, którego zostawiła dziewczyna po dziesięciu latach związku. Miękki grunt wspomożony jej troską oraz chęcią wspólnych powrotów z pracy do domu (cóż z tego, że ona z Centrum na Ochotę jechała przez Grochów?) również zaowocowało małżeństwem.
   Kultura masowa wspomożona natrętnym gadaniem mam, babć, cioć i sąsiadek zaowocowała nie Strachem przed lataniem, a lękiem przed trzydziestoletnim staropanieństwem. Wiele z nas nieraz było pytanym jak Bridget o to: kiedy chłopak, kiedy mąż, kiedy dziecko, kiedy drugie dziecko... Problem polega na tym, że opinia społeczna nigdy nie będzie nasycona; jest bardziej łakoma niż publiczność w trakcie walki gladiatorów. Trudno się dziwić Bridget, że bardziej od zebrania rodzinnego wolała konsylium złożone z przyjaciół będących z nią bardziej związanych niż rodzona matka czy brat.
     A Bridget w swoich dziennikach była szczera. Czasem czuła się ze sobą wspaniale, a kiedy indziej koszmarnie. Wiecznie się odchudzała, ale uwielbiała jeść. Kupowała beznadziejne, tanie ubrania, bo psychicznie nie była w stanie unieść wydania większej kwoty na ładniejszą rzecz. Popełniała błędy i nie była perfekcyjna we wszystkim. Nie znosiła prasować, a jej włosy żyły własnym życiem. Jak w tym nie odnaleźć kawałka siebie?
   Bridget więcej niż o seksie pisze o jego pragnieniu. Szczerze Wam powiem, że nie przepadam za zwrotem: "bzykanko", absolutnie bardziej wolę określenie "ruchanko" i wszelkie inne jego formy, ale pisząc o Bridget będę używać jej nomenklatury. A zatem bzykanka nie ma za wiele w życiu Bridget, umówmy się. Tak naprawdę oprócz Daniela i Marca uciech cielesnych dostarczyło jej niewielu mężczyzn, bo albo Bridget czekała na okazję randki/ podrywu albo spotyka kogoś, kto nie spełnia jej oczekiwań (albo mówi jej, że jest "mięciutka"). Prawda jest taka, że to odkrywa kolejną mroczną kartę egzystencji kobiet w okolicach trzydziestki - bardzo mało okazji do seksu (że już nie wspomnę o takim dobrej jakości!). Mężczyźni na randkach nadzwyczaj ochoczo zdejmują spodnie (wiem z różnych źródeł, ale czekam na Wasze komentarze, bo może się mylę), chociaż nie zawsze mają się czym pochwalić i niekoniecznie wiedzą, jak tych narzędzi w ogóle użyć, a trudno by podobnie postępowały kobiety. Poza tym dla kobiety przypadkowe kontakty seksualne mogą się skończyć źle: można złapać jakiś syf, zajść w ciażę albo trafić na pięknego i demonicznego psychopatę lub dewianta, a nawet nie mieć orgazmu, co u mężczyzn działa bardziej jak czynność higieniczna niż emocjonalna i jest szaloną niesprawiedliwością losu. Poza tym kobiety mają opory przed zaproszeniem mężczyzny na spotkanie (lęk przed odrzuceniem niskie poczucie własnej wartości itd.). Zresztą mężczyzna zaproszony na randkę zazwyczaj jest jeszcze bardziej napuszony i pewien siebie niż zwykle, a kobieta z gruntu wychodzi na napaloną desperatkę. Możecie mi nie wierzyć, ale oprócz pewnych wyjątków taka jest prawda.
   Kocham Bridget za liczenie dni bez bzykania i zastanawianie się, czy "nic jej tam na dole nie zarosło" oraz za trafne komentarze dotyczące dziewczyńskiej rzeczywistości (rozmowy z meduzą czy śliczne kobiety z obowiązkowo z grubymi przyjaciółkami wyglądającymi  we wszystkim jak indyjskie bawoły). Uwielbiam jej słomiany zapał, strach przed Walentynkami (które ja akurat od lat mam w nosie) i niechęć do prasowania. Nawet gdy Bridget ma już dzieci (choć jest to już inna Bridget, bardziej pani Darcy) nie potrafi wejść w rolę Perfekcyjnej Pani Domu.
   Jakie Wy macie wspólne cechy z Bridget? 

Te teksty również mogą Ci się spodobać:

3 komentarze

  1. Nie mam żadnych, w ogóle się nie identyfikuję z tą bohaterką :) Zdecydowanie bliżej mi do SATC, mam w sobie coś z Charlotte, Samanty, może nawet Mirandy ;) Uwielbiam ten serial, rozbawia mnie do łez :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam jednym tchem. Cieszę się, że przypadkiem tu trafiłam :)
    Zgadzam się ze wszystkim co napisałaś. Jestem wielką fanką Bridget, bo odnajduje w niej spory kawałek siebie :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za KAŻDY komentarz:). Wszystkie czytam i nieodmiennie się z nich cieszę:).
Jeżeli chcecie zostawić link do swojego bloga albo posta, który tematycznie jakoś pokrywa się z którymś z moim - proszę, nie mam z tym problemu, ale będzie mi miło, jeżeli przy okazji dołączycie do grona Obserwatorów;).
Pozdrawiam!!!
Spinki i Szpilki

Like us on Facebook