NOWA BRIDGET - RECENZJA

25.9.16

   Generalnie fanów Bridget Jones można podzielić na dwie podstawowe grupy: wielbicieli książek oraz fascynatów filmów o niej. Ja zdecydowanie wpisuję się w tę pierwszą grupę. Dzienniki Bridget przeczytałam kilka... no nawet kilkadziesiąt razy i jestem bardzo przywiązana do ich fabuły. Więcej! Absolutnie nie mogę znieść zarówno filmowej adaptacji pierwszej książki o Bridget jak i tej drugiej - uważam zresztą, że to nie są "adaptacje", a tylko "inspiracje", bo (zwłaszcza w kontekście drugiej części) większość treści książki została pominięta lub zmieniona. Dodam również, że nie znoszę filmu: "Smażone zielone pomidory", a książka stanowi jeden z fundamentów mojej osobowości. 
   Trzecią część Bridget przeczytałam z obawą - wszak Bridget ma tam już ponad 50 lat, jest zamożną wdową z dwójką dzieci, praktycznie nie może nas więcej różnić. I choć na początku się obawiałam, to i ta część "Dzienników..." mnie zachwyciła. Natomiast trzeciego filmu o Bridget się już nawet nie bałam - po prostu wiedziałam, że mi się nie spodoba, bo w końcu on już nawet nie jest inspirowany książką, a stanowi odrębną, absolutnie alternatywną rzeczywistość od swojego literackiego odpowiednika. Z samych zwiastunów można się tego domyślić: Bridget ma 43 lata, Marc żyje, pojawia się jakiś Qwant (Patrick Dempsey) i groźba, że Bridget nie wie, kto jest ojcem jej dziecka. Zaręczam Wam jednak, że przed seansem maksymalnie dobrze się wobec niego nastawiłam!

   Cały ten wstęp miał Wam na celu uświadomienie, z kim macie do czynienia - z osobą, która kilkanaście lat temu każde zdanie zaczynała od "to tak jak u Bridget" lub "to zupełnie inaczej niż z Bridget". Mimowolnie trochę gardzę ludźmi zachwycającymi się bezkrytycznie filmami o Bridget, a jednocześnie nie znającymi książek Helen Fielding. To tak jakby zakochać się w czyimś profilu na Facebooku, a nie w rzeczywistej osobie.
   Od razu Wam napiszę - film mi się nie spodobał i cieszę się, że dzięki swojej blogerskiej władzy nie musiałam płacić za bilet, ale postaram się opisać Wam swoje wrażenie niezależnie od tego. Zwłaszcza, że na sali kinowej byłam prawdopodobnie jedyną osobą, której film nie śmieszył.
   Co do fabuły - nijak ma się do trzeciej książki o Bridget. Tak jak pisałam wcześniej: jest jej alternatywną wersją, przestrzenią równoległą. W książce Bridget ma ponad pięćdziesiąt lat, jest gruba (po śmierci Marka się roztyła ze smutku), mieszka w pięknym domu i ma dwoje dzieci. Poznajemy ją w chwili, gdy stara się podnieść po tragicznej śmierci Marka. W filmie Bridget jest chuda, Mark Darcy ma żonę Camillę (to wg mnie jedna z zabawniejszych aluzji twórców - chodzi, oczywiście, o kpinę z aktualnej żony księcia Karola), a Daniel Cleaver nie żyje. Spokojnie, nie traktujcie tej informacji jak spojlera - pogrzeb jest jedną z pierwszych scen w filmie. Jego scenariusz w dużej mierze podyktowany jest niezależnymi od wyobraźni twórców uwarunkowaniami. Bridget jest chuda, ponieważ Renée Zellweger dramatycznie zeszczuplała i nie dało się tego zignorować, zaś Daniela uśmiercono, ponieważ Hugh Grant nie zgodził się na zagranie w trzecim filmie o Bridget. Dlaczego? Scenariusz mu się nie spodobał. Mamy zatem do czynienia z filmem, który koniecznie trzeba było nakręcić - niezależnie od fabuły. W końcu Bridget to marka, która sprzedaje się znakomicie!
   Historia przedstawiona w filmie nie spodobałaby mi się nawet, gdyby dotyczyła kogoś innego niż Bridget. Ot, zamożna i spełniona zawodowo czterdziestolatka (której botoks nie pozwala na ujawnianie emocji) po 5 latach seksualnej posuchy nagle w jednym tygodniu zalicza zajebisty seks z dwoma ultra przystojnymi facetami (z których jeden jest lepszy od drugiego) i zachodzi w ciążę. Oczywiście nie wie z kim, ale jak w komedii z Arnoldem Schwarzeneggerem każdy z "dawców" poczuwa się do ojcostwa. Ona nie chce robić badań prenatalnych, bo się boi długiej igły, a przez ostatnie ćwierć filmu rodzi, powielając moc znanych mi przegadanych dowcipów o porodach. Oprócz kilku ciekawych nawiązań (np. Mark jest obrońcą odpowiednika zespołu Pussy Riot, który został skazany na 2 lata łagrów za antyputinowski protest w katedrze w Moskwie, gdzie dziewczęta zaśpiewały: "Bogurodzico, przegoń Putina!" - w filmie zostają uniewinnione i organizują demonstrację blokująca cały Londyn) film jest nieco bardziej komercyjną wersją "Ukrytej Prawdy".
   Co do aktorów - znów zakochałam się w Colinie Firthu. Wygląda absolutnie znakomicie. To chyba jego najlepszy wizualnie okres, a mówię to z punktu widzenie dziewczyny, która swego czasu obejrzała większość filmów z nim, bo był i jest piękny. Wiecie, że literacka Bridget kochała się w tym aktorze i dlatego Colin Firth zagrał Marka, chociaż w książce występuje we własnej osobie w ramach epizodu? Helen Fielding jest również fanką Colina i stąd jego obecność we wszystkich filmach o Bridget. To się nazywa spełnione marzenie!
   O ile Colin w swojej roli sprawdził się znakomicie, to Patrick Dempsey jest jakąś aktorską pomyłką. To jeden z tych mężczyzn, którzy powinni się nie odzywać. Jest niesamowicie przystojny, świetnie wygląda w filmie i nawet jego niezbyt inteligentne spojrzenie pozostałoby niezauważone, gdyby nie musiał wypowiadać żadnej kwestii. Mógłby grać niemowę, nieśmiałego przyjaciela głównego bohatera albo tajemniczego uwodziciela, który na każde pytanie odpowiada mruknięciem. Zaangażowanie go do głównej roli ogromnego przedsięwzięcia filmowego, jeszcze w duecie ze znakomitym aktorsko Colinem, jest żartem, a nawet brakiem szacunku do widza.
   O Renée trudno mi się wypowiedzieć, ponieważ trudno mi ją dostrzec w osobie z ekranu. Operacje plastyczne i dieta naprawdę bardzo ją zmieniły, a przecież to była świetna i piękna aktorka (uwielbiam jej kreację z "Białego Oleandra"). W "Bridget..." bardzo się stara, ale jej twarz jest tak napięta, że trudno nią wyrazić jakiekolwiek emocje.
   Na uwagę zasługuje również Emma Thompson, która co prawda zawsze gra tak samo, ale lubię jej manierę i podoba mi się w roli ironicznej ginekolog. Emma jest współtwórczynią scenariusza "Bridget..." i po obejrzeniu filmu sama nie wiem, co o tym myśleć. 
   Podsumowując - mnie film się nie podobał; uważam, że jest miałki intelektualnie i już nawet abstrahuję od jego zgodności z literackim pierwowzorem. Fabuła jest po prostu bardzo prosta i przewidywalna, upstrzono ją  banalnymi żartami, aktorzy (prócz Colina) grają drętwo i bez wyrazu. Całość nie zachwyca i jest raczej zlepkiem kilku dłuższych scen opartych głównie na stereotypach niż spójną koncepcją. Natomiast jeżeli podobały Wam się poprzednie części filmów o Bridget albo "Listy do M.", to zupełnie bez ironii polecam Wam wybranie się na ten film, ponieważ będziecie pękać ze śmiechu i być może nawet kupicie go sobie na DVD.
   Dla mnie: 3/10 

   PS.: Film oglądałam w moim ostatnio ulubionym warszawskim Multikinie w Złotych Tarasach. 

   Autor: Anna Dziadosz 

Te teksty również mogą Ci się spodobać:

3 komentarze

  1. Na jesienny wieczór w sam raz :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja powiem, że film mi się całkiem podobał :) I absolutnie nie zgodzę się, że Dempsey to kiepski aktor, on po prostu dość mocno wybijał się na tle tej dwójki ponieważ powiedzmy sobie szczerze, wyglądał przy nich dość młodo i przez to czasem człowiek się zastanawiał co taki facet tam robi. Nie zgodzę się z zarzutem, że było tak łatwo i bajkowo - najpierw wycofał się Mark, potem pan nr.2, aż w finale Brigdet została praktycznie sama, nim urodziła. Dźwiganie samej choinki czy samotne usg, nie jest obrazem znanym z wielu filmów. Plus, ona po prostu tak bardzo kochała to dziecko, że nie chciała ryzykować poronienia za sprawą badań prenatalnych. Dla mnie to też pokazuje jej dojrzałość, była gotowa na dziecko i kochała je niezależnie od tego jakie by nie było.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja podeszłam do tego filmu z założeniem, że idę na coś lekkiego i miałkiego intelektualnie, a wyszłam zachwycona! Wcześniej oglądałam denny „Jak zostać kotem” i przeciętną wg mnie „Boską Florence”. Na ich tle Bridget wypadła doskonale – lekka, porządnie zrobiona komedia, która wreszcie mnie rozbawiła (na dwóch poprzednich widziałam, jak aktorzy się męczą, żeby było śmiesznie – u Florence jedyną interesującą postacią był dla mnie pianista). Nie spodziewałam się po Bridget niczego głębokiego – w tym celu wybieram inne filmy – otrzymałam dobrze wyprodukowaną amerykańską komedię i byłam bardzo zadowolona :).

    Ale rozumiem Twoje rozczarowanie. Dla mnie jest jasne, że filmy mogły pójść swoją drogą i w ogóle przestać oddawać książki – po prostu wykorzystano świetnie zbudowane przez Helen Fielding postaci i zrobiono coś po swojemu. To nie adaptacje, tylko pożyczenie postaci. Ja to tak odbieram i mnie to nie gryzie, ale wielką fankę słusznie może oburzać :). Czytałam tylko pierwszą część Bridget (zdecydowanie do nadrobienia!) i moim zdaniem faktycznie była dużo lepsza od pierwszego filmu. Świetna książka – nie dziwię się Twojej miłości do bohaterki :))

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za KAŻDY komentarz:). Wszystkie czytam i nieodmiennie się z nich cieszę:).
Jeżeli chcecie zostawić link do swojego bloga albo posta, który tematycznie jakoś pokrywa się z którymś z moim - proszę, nie mam z tym problemu, ale będzie mi miło, jeżeli przy okazji dołączycie do grona Obserwatorów;).
Pozdrawiam!!!
Spinki i Szpilki

Like us on Facebook