St Antonio w Ogrodzie Saskim

6.3.17

   St Antonio to jedna z tych restauracji, do których zaprasza się rodziców narzeczonej, by wywrzeć na nich korzystne wrażenie. Już samo miejsce nastraja romantycznie - lokal przylega do Ogrodu Saskiego: dookoła rosną drzewa, a pomiędzy nimi śpiewają ptaki. W słoneczny dzień łatwo zapomnieć, że to sam środek dusznej i tłocznej Warszawy.  

    W restauracji obowiązuje dress code - nie wejdziemy tam w krótkich spodenkach czy odkrytych butach.
   By w pełni opisać bogate, bardzo strojne wnętrze lokalu, musiałabym poświęcić temu oddzielny, obszerny post - stoliki znajdują się na parterze, przeszklonej werandzie i właśnie takim balkoniku, na jakim nas ulokowano. Jak widzicie pozostałe stoliki są puste - dzięki temu czułyśmy się pozornie odizolowane od reszty restauracji, bo szmery rozmów ze stolików pod nami oraz bardzo częste wizyty kelnerów przy stoliku ani przez chwilę nie pozwalały zapomnieć, gdzie jesteśmy.
   Na początek każda z nas otrzymała czekadełko. Wstyd, ale zapomniałam, z czego się składało, ale stanowiło dobre preludium do obiadu.
   Krem z Jerozolimskich karczochów wyglądał i smakował bardzo dobrze - jako wielbicielka zup polecam.
   Tagliatelle z polędwicą wołową i sosem z leśnych grzybów już nie zachwycało - to raczej solidna, dodająca energii porcja makaronu niż wyrafinowane włoskie danie.
    O ile się orientuję, to wszystkie wina z knajp spod szyldu Jarczyńskiego pochodzą z zaprzyjaźnionej, austriackiej winnicy (Peter Dolle). To takie niezłe wina - w sam raz do obiadu.
   W moim poprzednim życiu byłam na hucznym obiedzie rodzinnym w St Antonio - około 5 lat temu odniosłam wrażenie, że to bardzo eleganckie miejsce, w którym kelnerzy hołdują etosowi przedwojennej sztuki kelnerowania. Niestety, kompletnie nie ma to pokrycia w obecnej rzeczywistości. W ciągu dwugodzinnej wizyty do naszego stolika podeszło chyba około pięciu różnych kelnerów i kelnerek (w tym sama pani menadżer!), niektórzy po kilka razy, przez co praktycznie co kwadrans ktoś usilnie nas namawiał do zamówienia. Skutek był taki, że miałyśmy przez to ochotę wyłącznie na wino. Podobno kelnerzy w St Antonio biorą udział w jakimś wewnętrznym konkursie, z którego moim skromnym zdaniem cała obsługa powinna być wyeliminowana.
   Oprócz natrętnej obsługi polecam Wam to miejsce - jedzenie jest smaczne, ale nie wykwintne - otoczenie zaś wspaniałe. W sam raz na niedzielny obiad lub bardziej uroczystą okazję, gdy posiłek powinien być elegancki i bezproblemowy.


St Antonio Menu, Reviews, Photos, Location and Info - Zomato

Te teksty również mogą Ci się spodobać:

1 komentarze

  1. Hmm, to coś podobnego jak w Sephorze, nie da się zapomnieć gdzie się jest ;) Same zdjęcia zaś wywołały we mnie atak wilczego apetytu! :) Śliczne zdjęcia, Ty i sama restauracja.
    PS. Na moim blogu są już pomadki Gosh'a :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za KAŻDY komentarz:). Wszystkie czytam i nieodmiennie się z nich cieszę:).
Jeżeli chcecie zostawić link do swojego bloga albo posta, który tematycznie jakoś pokrywa się z którymś z moim - proszę, nie mam z tym problemu, ale będzie mi miło, jeżeli przy okazji dołączycie do grona Obserwatorów;).
Pozdrawiam!!!
Spinki i Szpilki

Like us on Facebook