Skup się na sobie!

   Buńczuczny ton tytułu tego tekstu wcale nie jest kompatybilny z moim stosunkiem do życia - to raczej afirmacja, a może nawet: marzenie i cel. 

   Po rozstaniu z mężem (nawiasem mówiąc ciekawe, czy kiedyś będę pisać: "pierwszym mężem" itd.) zupełnie nie rozumiałam rad koleżanek, bym "zawalczyła o siebie", bo nie widziałam w niczym sensu. Świat wydawał się bezczelnie trwać wbrew mojemu smutkowi, a czas nie leczył rad. Nie miałam ochoty gotować, nie smakowały mi książki, filmowe historie irytowały. Cieszyły mnie jedynie ubrania, które kompulsywnie nabywałam w ramach każdorazowego pogorszenia nastroju. Niestety kolejne wydatki generowały wyrzuty sumienia - w końcu nie można tak przepuszczać pieniędzy, a już na pewno nie na ciuchy!


    Ktoś jednak powiedział, że mam otaczać się opieką i bardzo mi się to zdanie spodobało. To takie oczywiste, a jednak trudno na co dzień skupić się na sobie. Widać to zwłaszcza w pracy, kiedy człowiek przychodzi zakatarzony i z gorączką do firmy. Wiem, jak trudne mentalnie jest pójście do lekarza oraz zostanie na urlopie chorobowym w domu - sama ostatnio wylądowałam na L4. Zamiast przychodzić do pracy dopóki w stanie agonalnym nie odesłano by mnie do domu.
   Bezproduktywność wyzwala we mnie poczuci winy. Przecież zawsze powinnam coś robić! Czytać, pisać bloga, odchudzać się, iść na jogę, pojechać do mamy, odpisać na mejle, posprzątać, zrobić pranie... Uwielbiam po powrocie z pracy położyć się na kanapie i patrzeć przez dwa kwadranse w sufit, pozornie bez celu, a tak naprawdę porządkując myśli, natomiast zawsze towarzyszy mi mały wyrzut sumienia, że jak to, trzeba wstać i działać!
   Mogłabym godzinami wymieniać codzienne sytuacje, w którym za każdym razem musimy wybierać: "ja czy świat"? Kiedy dwa dni przed pensją bezdomny prosi na ulicy o pieniądze, a ja mogę mu oddać ostatnie 5 zł i później biedować, albo być tą złą i kupić sobie jedzenie. Kiedy jadę tramwajem i robi mi się słabo, siadam na wolnym miejscu, a wokół mnie kłębią staruszkowie i kobiety w ciąży. Kiedy przyjaciółka ma załamanie, a ja jestem tak zmęczona, że nie tylko nie mogę odebrać telefonu, ale nie jestem w stanie bez potknięcia wejść do mieszkania.
   Czasem trzeba odpuścić i skupić wzrok na sobie. Myślenie o sobie nie oznacza zawsze egoizmu. Nie chodzi mi przecież o robienie z siebie pępka świata, ale właściwą gradację uwagi. By być lepszym dla innych, trzeba najpierw być dobrym dla siebie. W każdym razie tak uważam. 
   Dlatego ostatnio zjadłam na imprezie ostatnią sajgonkę.

Share:

2 komentarze

  1. Czasem dla żartu mówię o swoim "pierwszym mężu", nawet kiedy jeszcze miałam go blisko. Niestety, życie to życie, nie da się nic przewidzieć. Nie wiem co Ci powiedzieć, wiem że to bardzo przykre się rozejść. Potrzebujesz teraz czasu i troski dla siebie. Zdrowy egoizm jest tak potrzebny jak oddychanie, nie miej wyrzutów, też tak mam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmmm....ja czasem mówię: mój pierwszy mąż jeszcze niestety nie nieboszczyk ;)))))

    Nie da się zawsze być na każde zawołanie świata. Jakkolwiek bliski byłby to świat. Czasem trzeba pomyśleć o sobie, żeby sobie samemu nie zrobić krzywdy.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za KAŻDY komentarz:). Wszystkie czytam i nieodmiennie się z nich cieszę:).
Jeżeli chcecie zostawić link do swojego bloga albo posta, który tematycznie jakoś pokrywa się z którymś z moim - proszę, nie mam z tym problemu, ale będzie mi miło, jeżeli przy okazji dołączycie do grona Obserwatorów;).
Pozdrawiam!!!
Spinki i Szpilki