Koncert Taco Hemingwaya i Dawida Podsiadło - byłam tam, relacja

   Koncert Taco Hemingwaya i Dawida Podsiadło* nie miał wielkiej i rozbuchanej promocji jak na to wskazywałaby szybkość wykupienia wszystkich biletów. Ot, na profilach na Instagramie i Facebooku oraz w mejlingu od Allegro pojawiła się informacja o wspólnych koncercie obu artystów z terminem przedsprzedaży oraz regularnej dystrybucji. Moja przyjaciółka nasze bilety kupiła właśnie w ramach pre-orderu w pierwszych dziesięciu minutach, a pod koniec dnia nie było już nawet, co sprzątać. Wbrew pozorom nie kosztowały dużo - miałyśmy miejsca na trybunach nad płytą i zapłaciłyśmy po 179 zł za bilet.

To moja fotka zrobiona ajfonem - można korzystać, tylko mnie podpiszcie, fot. Anna Dziadosz
   Kolejki do każdego wejścia na Narodowy były dzikie. Wężyk do naszej bramki zakręcał jak pociąg na weselu i kończył się prawie Francuskiej. Jednakże chociaż samo wpuszczanie na Stadion odbyło się bardzo sprawnie, to koncert zaczął się z jakimś 30-minutowym opóźnieniem.
   Nie zapowiadano żadnego supportu, a w rozpisce, którą dostaliśmy mejlowo przed koncertem, harmonogram wskazywał, że tak naprawdę czekają nas dwa odrębne koncerty - z nadzieją (spełnioną!), że obaj artyści na koniec zaśpiewają wspólnie.

   Nagle zgasły światła, pojawił się klip z Warszawą, Taco się przywitał ("Dobry wieczór, WWA!) zaczął śpiewać. Po pierwszej piosence (i potem prawie po każdej kolejnej) mówił kilka słów - jak się cieszy, że dla nas może wystąpić, jak kocha Warszawę, że cała jego rodzina jest na trybunach i że ma nadzieję nas nie zawieść... Jego wzruszenie było autentyczne i rezonowało na całą publiczność. W trzecim czy w czwartym utworze niespodziewanie na scenie razem z Taco pojawił się Pezet - cały na biało. Wtedy dla każdego stało się jasne, że to nie pierwsza taka niespodzianka. I faktycznie: dalszy koncert był przeplatany numerami, które Taco nagrywał z innymi raperami, i właśnie oni wchodzili z nim na scenę - Otsochodzi, Bedoes, Rosalie czy Quebonafide. W sumie na scenie pojawiło się dodatkowo około dziesięciu innych wokalistów.

    Po koncercie Taco nastąpiła kilkunastominutowa przerwa. O ile Taco Hemingway występował wyłącznie w towarzystwie gościa od podkładu (jak się nazywa taka osoba od bicików, bo nie wiem?), o tyle Dawid potrzebował na scenie wielu muzyków, instrumentów oraz nawet niewielkiego chórku.
   Przed występem zgasło światło i usłyszeliśmy głos Dawida, który prosił o nienagrywanie koncertu, ponieważ to nie ma sensu: odwołał się do argumentu technicznego ("nie będzie słychać dobrze dźwięku) oraz emocjonalnego ("macie takie coś jak wspomnienia"). Po czym... zaczęło się!!! Dawid śpiewał, że nie ma fal, ale były, oj były. Zaśpiewał same najpopularniejsze piosenki - istną listę przebojów. Ponadto i on zafundował widzom niespodziankę. Gdy usłyszeliśmy pierwsze akordy "Początku" z Męskiego Grania... światło na scenie ujawniło najpierw Krzysztofa Zalewskiego, a potem Korteza! Sala oszalała! 
   W połowie koncertu Dawid przerwał występ i puścił nagranie, w którym mówił o tym, że fajnie oglądać na Youtubie słodkie kotki, ale dobrze też dowiedzieć się z Internetu, w jaki sposób można pomóc planecie, która płonie. Chociaż bardzo szanuję go za to przesłanie, to jednocześnie trudno było nie zauważyć, że co druga osoba na koncercie miała w ręce plastikowy kupek z piwem, zakupionym na Stadionie. 
   Po koncercie Dawid powiedział, że to koniec i bardzo długo prosiliśmy o bis, aż w końcu scena znów została oświetlona i zobaczyliśmy... Dawida i Taco grających w czarnych, ortalionowych dresikach w ping-ponga. Grali i grali. Ciężko było przewidzieć, na jaki wynik czekamy. Gdy zremisowali 10:10, rozbrzmiał pierwszy wspólny utwór: "W piątki leżę w wannie", a na samym końcu nareszcie usłyszeliśmy piosenkę, której bardzo brakowało na koncercie Taco: "Tamagotchi" (do której zresztą dołączył Quebonafide). Śpiewaliśmy do zdarcia gardeł... I potem koncert naprawdę się skończył.

   Dostaliśmy nasze ulubione piosenki. Wielu artystów po osiągnięciu pewnego pułapu sławy przestaje na koncertach grać swoje przeboje, uzasadniając to monotonią i znudzeniem. Taco Hemingway i Dawid Podsiadło nie tylko nie narzekali na popularność, ale też podziękowali za nią z ogromną klasą. Ich koncert nie był reklamowany jako występ wielu polskich artystów na jednej scenie, a na afiszach ani w mediach ani razu nie padło słowo o Kortezie, Pezecie czy Quebo - miałam wrażenie, że nie tylko nikt nie chce ode mnie dodatkowych pieniędzy za nadprogramowe atrakcje, ponieważ one są zapłatą dla nas, słuchaczy, za obecność, wierność, cierpliwość. 

*nie odmieniam tego nazwiska specjalnie

2 komentarze :

  1. Cóż bardzo Ci zazdraszczam tego wydarzenia, bo obu panów bardzo lubię! A zwłaszcza Dawida :) Tutaj genialne było to, że było mnóstwo gości, chociaż najbardziej ucieszyłby mnie osobiście chyba Początek, bo Kortez to znowu jeden z moich ulubieńców, ale i Zalewskiego lubię :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za KAŻDY komentarz:). Wszystkie czytam i nieodmiennie się z nich cieszę:).

Designed by OddThemes | Distributed by Gooyaabi Templates